Kłopoty ze zdrowiem składamy często na karb napięcia nerwowego. Skóra, hormony, trądzik; migreny i bezsenność, złe trawienie, słaba odporność – często wierzymy (i zapewne nierzadko słusznie) że są wynikiem życia w pośpiechu, nadmiaru stresu. W wirze obowiązków, zmartwień i wiecznego pośpiechu łatwo o utratę balansu. Spróbujmy jednak spojrzeć nań odwrotnie – bo w całościowej koncepcji zdrowia wszystkie elementy wpływają na siebie nawzajem – i potraktować tak, jakby były one źródłem, a nie efektem złego samopoczucia psychicznego czy napięcia. Równowaga psychiczna czy emocjonalna nie może być bowiem osiągnięta bez solidnego wsparcia somatycznej strony naszej natury. Jeśli biegamy, wiemy doskonale, jak ściśle powiązane są ze sobą dobre samopoczucie zdrowego ciała i „dobrobyt” wewnętrzny. Psychosomatyka to obowiązkowy rozdział naszej osobistej książki o bieganiu, o zdrowiu i o życiu w ogóle. Droga „przez ciało” jest łatwiejsza i mniej kosztowna niż coaching czy psychoterapia, wprowadźmy więc w życie kilka drobnych rytuałów. Warto zacząć od nich dzień – wedle tradycyjnej medycyny poranek to czas najbardziej efektywny i sprzyjający dobrym zmianom. Powodzenia!

Punkt pierwszy: kwasy i zasady, czyli o cytrynie

Kto jeszcze jej nie pije, niech jak najszybciej zaczniej. Przygotowanie ciepłej lemoniady powinno stać się naszym pierwszym porannym rytuałem, po umyciu zębów, ale przed małą czarną. Duża szklanka ciepłej – nie gorącej, ale broń Boże nie zimnej – wody i sok z połówki cytryny to najprostsze remedium na szereg kłopotów zdrowotnych i przywrócenie naturalnej równowagi kwasowo-zasadowej w naszym organizmie. Do napoju nie wolno nam dodać cukru, bo zrujnujemy całą zasadność jego picia; ewentualnie możemy użyć odrobiny miodu, pamiętając, że traci swe immunologiczne właściwości w około 40 stopniach Celsjusza. Lemoniada gotowa? Pozwólmy teraz naszemu ciału na wykorzystanie jej dobrodziejstwa.

Na liście pozytywnych skutków picia cytrynowej wody pierwsze miejsce zajmuje wszystko to, co czyni ona w naszym układzie trawiennym. Wspomaga ruchy robaczkowe jelit, dokładnie oczyszcza je ze złogów, dzięki naturalnym pektynom zmniejsza apetyt na słodyczne, ułatwia wydalanie. Pobudza też wydzielanie enzymów trawiennych i śliny, co sprzyja zdrowiu i higienie jamy ustnej. Wdzięczna będzie i wątroba; dzięki wzmożonej produkcji żółci będzie sprawniej oczyszczała się z toksyn. Cytryna dzięki zawarości terpenów działa też bakteriobójczo, wykazano między innymi jej zabójcze działanie wobec helicobacter pylori, a nawet bakteriom duru brzusznego. Jeśli więc dużo podróżujemy i narażamy nasz układ pokarmowy na zatrucia – regularne spożywanie cytryny lub limonki sprawdzi się lepiej niż strzał czegoś mocnego, nie obciąży bowiem wątroby.

Porządne nawodnienie organizmu, które zapewnimy sobie codzienną porcją cytrynowej wody, pozostaje nie bez znaczenia – bardzo często złe samopoczucie wynika z niedostatecznej hydratacji. Przemęczone nadnercza, czyli kluczowy objaw psychosomatycznego stresu, będą wdzięczne za dodatkową porcję wody z mikroelementami. Jeśli męczy nas przewlekłe zmęczenie (mimo aktywnego trybu życia i zdrowego odżywiania), poszukajmy przyczyny w odwodnieniu i spożywajmy produkty, które mu zapobiegną, takie jak rzeczona cytryna. Szczególnie dużą wagę do nawodnienia powinny przywiązywać osoby, które uprawiają sport bardziej niż intensywnie – tu odsyłam do innych artykułów, bo o tym jak i czym nawilżać się od środka napisano już wiele. Dzięki obecności potasu i flawonoidów (substancjom roślinnym, które chronią nasze naczynia krwionośne) cytryna wspomaga walkę z nadciśnieniem i problemami krążeniowymi, a dzięki antyoksydantom dba o naszą skórę, oszczyszczając ją z toksyn i zapobiegając zmarszczkom (tu dodam, że rzecz to sprawdzona empirycznie; że od kiedy piję wodę z cytryną – mija już rok – moja cera przeobraziła się nie do poznania). Witamina C wzmacnia odporność na choroby i przyspiesza gojenie się ran, ale tej więcej znajdziemy w czarnej porzeczce czy papryce; w przypadku cytryny czy limonki warto więc skupić się raczej na właściwościach tonizujących i oczyszczających.

O dziwo, mimo kwaśnego smaku i silnie kwasowemu odczynowi, cytryna ma działanie zasadotwórcze. Przyjrzyjmy się swojej diecie pod tym kątem. Jeśli spożywamy dużo produktów kwasotwórczych, możliwe, że nasz organizm jest poważnie zakwaszony i by osiągnąć równowagę potrzebujemy solidnej terapii zasadotwórczej. Jesteśmy mięsożercami? Ostrożnie. Wędliny, jak również ryby, ser, jajka, pszenica i żyto, cukier (w szczególności), kawa  i  czarna herbata, ale także namiętnie spożywane przez biegaczy ciemny ryż, pełnoziarnisty makaron i – o zgrozo – piwo – wszystkie te smakowitości powodują, że równowaga odczynowa zostaje poważnie zachwiana. Co wówczas dzieje się w organizmie? Przewlekłe zmęczenie (znowu!), migreny, złe samopoczucie, rozdrażnienie to tylko powierzchowne objawy. Grzybica przewodu pokarmowego (słyszeliście o kandydozie?), zapalenia błony śłuzowej, choroby pęcherzyka żółciowego, ale i problemy kostne – osteoporoza, stany reumatyczne, zwapnienia, bóle kręgosłupa i stawów, słabe zęby, poważne problemy z cerą (trądzik!), opuchlizny i kłopoty z krążeniem... wygląda na to, że wszystkie choroby cywilizacyjne mogą mieć korzenie w braku owej równowagi kwasowo-zasadowej. Na to wszystko odkryto, że komórki nowotworowe rozwijają się w kwasowym środowisku, a te zdrowe weń giną. Zabierzmy się więc do sprzątania w ciele i lodówce i równoważmy kwasotwórcze grzechy silnie zasadotwórczymi produktami – poza wodą z cytryną należą doń wszystkie warzywa, szczególnie zielone, algi i niesłodkie owoce (prym wiedzie melon). Uwaga: by uniknąć demineralizacji szkliwa, po porannej szklance ciepłej lemoniady wypłuczmy usta czystą wodą lub, jeszcze lepiej – rozprowadzoną w wodzie łyżką oleju kokosowego.

Punkt drugi: białko, wapń i wilgoć, czyli ogranicz nabiał

W burzliwej dyskusji nad tym, czy mleko jest zabójcze, czy zdrowe, stanowczo opowiadam się za zwolennikami pierwszej opcji. Oczywiście, że szklanka kefiru lub twarożek na grzance nie zabije nas natychmiast i przy wtórze marsza żałobnego, ale jeśli borykamy się z problemami skórnymi lub niechcącymi ustąpic stanami zapalnymi układu oddechowego, czym prędzej pozbądźmy się nabiału, który tak często dominuje w naszych posiłkach. Fakt, że jesteśmy jedynym gatunkiem spożywającym mleko innego zwierzęcia (tak odległego genetycznie od homo sapiens), powinno zastanowić nas nawet gdy czujemy się zdrowi jak ryby. Nie spotkałam jeszcze osoby, która po odstawieniu nabiału poczułaby się gorzej – znam za to wiele, których wieloletnia walka z trądzikiem albo zapaleniem zatok wreszczie skończła się sukcesem. Wedle tradycyjnej medycyny chińskiej produkty mleczne są silnie nawilżające i wzmagają produkcję śluzu, stąd często występujące zapalenia dróg układu oodechowego,  zapchane zatoki, uporczywe katary. Jeśli kiedykolwiek męczyła nas lub nadal męczy astma, poszukajmy przyczyny w alergii na białka mleka krowiego.

Nietolerancja laktozy (wywołana brakiem enzymu laktazy odpowiedzialnego za rozkład owego dwucukru) to nie jedyny pretekst dla odstawienia mleka – niestety inne substancje pochodzenia krowiego, takie jak jogurt czy serki, nie pozostają niewinnymi w procesie o powolne wywoływanie choroby. Głównym odpowiedzialnym za szkodliwość produktów mlecznych jest białko zwane kazeiną; to dzięki niemu cielakom rosną rogi i kopyta, a one same w ciągu dwóch lat osiągają wagę pół tony. Człowiek jednak cielęciem nie jest i takiego przyrostu tkanki łącznej nie potrzebuje; nie będziemy też wcale mieli zdrowszych kości. Mleko i jego białka wcale nie zapobiegają osteoporozie (współczynnik złamań kości udowej jest najwyższy w krajach o największym spożyciu mleka), a to dlatego, że rozkład kazeiny powoduje silne zakwaszenie organizmu i wywołuje kwasicę metaboliczną. Organizm zużywa wapń, by przywrócić równowagę kwasowo-zasadową – wypłukując go z naszych kości, które stają się coraz słabsze. Nie bójmy się o braki substancji odżywczych, wapnia znajdziemy całe mnóstwo w ciemnozielonych warzywach, sezamie, wodorostach i szeregu innych smakowitości, białko zaś – w roślinach strączkowych lub, jeśli przemawia do nas dieta paleolityczna, w świeżym mięsie i rybach.

Kazeina, jak wskazały badania Campbella, przyczynia się też do budowania komórek rakowych (białko roślinne takiego wpływu nie wykazało). Wątpliwości budzi też jakość mleka produkowanego w dzisiejszych czasach, ale ten argument tyczy się każdego właściwie pożywienia. Zatem jeśli już koniecznie musimy zrobić jogurtowy sos do sałatki, złapmy opakowanie takiego ekologicznego, o sprawdzonym pochodzeniu i od „szczęśliwej” krowy. Popatrzmy na talerze sławnych sportowców – Scotta Jurka lub naszego rodzimego Strąk Mana – i poszukajmy korelacji między ich niebywałymi osiągami a dietą zupełnie pozbawioną produktów odzwierzęcych. Polecam wykluczyć nabiał z diety na dwa tygodnie i zaobserwować nasze samopoczucie – ja byłam pod ogromnym wrażeniem różnicy, którą poczułam w metabolizmie, stanie skóry i poziomie energii.

Punkt trzeci: bądź bliżej, czyli nago i boso

Rodzimy się nago i boso. I bardzo szybko o tym zapominamy, bo nasze warunki kulturowe i klimatyczne nie pozwalają na zbyt częste pokazywanie się bez odzieży. Ale wraz z nadejściem lata z ulgą uwalniamy się od kolejnych warstw ubrań, wystawiając nasze ciała na działanie słońca i wiatru. Spędzamy urlop półnago: na działce w samych szortach, na plaży w bikini. Nieprzypadkowo – odruchowo, by lepiej wypocząć, pozwalamy naszej skórze na bliski kontakt z naturą. Słońce, woda, miękki piasek, ciepły wiatr to najlepsi przyjaciele naszej wewnętrznej równowagi. Ubranie zawsze stanowi pewnego rodzaju barierę pomiędzy nami a zewnętrznym światem, który natura tak zaprojektowała, byśmy mogli z nim współdziałać. Nie zachęcam do nagiego biegania po parku, bo łatwo o konflikt z prawem i obyczajowy skandal, ale wolnoć Tomku w swoim domku – nauczmy się bez skrępowania chodzić nago po domu, również w towarzystwie partnera (to przy okazji cenna nauka walki z własnymi kompleksami i świetna recepta na podkolorowanie związku). Spróbujmy spać nago, uważnie dobierając pościel, a będziemy budzić się z inną energią. Poranna joga, kawa w łóżku, robienie kanapek albo oglądanie wiadomości też nie wymagają od nas pełnego umundurowania; pozwólmy ciału na pełną swobodę. Jeśli z uwagi na innych członków rodziny lub współlokatorów nie odpowiada nam paradowanie w pełnym negliżu, zasłońmy to co chcemy bielizną miękką, z naturalnych tkanin, bez szwów i metek, a przede wszystkim lekką, tak by była niemal niewyczuwalna. Zastosujmy złotą zasadę tybetańskich mnichów, którzy radzą, by nie nosić ubrań, w których nie chcielibyśmy – lub nie moglibyśmy – swobodnie zasnąć. Może brzmi to banalnie, ale usunięcie z naszego życia uwierających staników, ciasnych ściągaczy, chińskiego poliestru, niedopasowanych kołnierzyków lub sztywnych jeansów naprawdę odczuwalnie poprawia jego jakość.

Ciepłe dni są też doskonałą okazją by uwolnić nasze stopy (więzione na co dzień w butach, również tych przeznaczonych do biegania) i pozwolić im na bezpośredni kontakt z podłożem. Chodzenie boso jest wspaniałym doświadczeniem i wart uczynić zeń rytuał w miejsce odruchowego wsuwania klapek czy domowych kapci. Ruszmy na bosaka po trawie i piasku, ale również po asfalcie, kamieniach czy nawet zwykłym chodniku. Nasze stopy odwdzięczą się po wielokroć. Dzięki temu, że są niezwykle wrażliwą i pełną zakończeń nerwowych częścią ciała, pozbawienie ich podeszwy buta, a więc bariery i amortyzacji, sprawi że do naszego obwodowego układu nerwowego dopłynie dużo więcej stymulujących bodźców, te zaś pobudzą nas do działania, wspomogą pracę narządów wewnętrznych, poprawią napięcie mięśniowe w centralnym rejonie ciała (wyprostujemy się), a nasza naturalna równowaga ciała wróci do normy (popatrzmy na małe dzieci, które chętnie zrzucają buty czy kapcie – po to, by skuteczniej utrzymywać równowagę przy nowych wyzwaniach, chodzeniu i bieganiu). To nie koniec korzyści, bo dzięki zdjęciu butów nabierzemy większej świadomości „tu i teraz”, której często brakuje nam w codziennym pośpiechu, a nad którą często pracują indywidualni terapeuci czy coachowie. To świetna metoda pracy nad koncentracją i uważnością bez szczególnego wysiłku – automatycznie wzmaga się nasza uwaga, gdy potrzeba omijać kamyki, niebezpieczne szkło czy wystające korzenie. Kontakt z ziemią wedle filozofii bioenergetycznej pozwala nam na „uziemienie”, czyli po pierwsze – rozładowanie skumulowanych napięć, po drugie – naładowanie naszych osobistych akumulatorów dobrą, naturalną energią przyrody.

Połączmy przyjemne z pożytecznym i korzystając z urlopu wyruszmy na poranne bose bieganie, po plaży lub lesie, w pierwszych promieniach ciepłego słońca – dobre samopoczucie na cały dzień zagwarantowane.

Punkt czwarty: graj w zielone, czyli smoothie w parze w sałatką

Coraz lepiej radzimy sobie z warzywami, dostępnymi w tak niesamowitej mnogości na naszych lokalnych straganach, ale wciąż jeszcze w diecie przeciętnego Polaka surowizny jest za mało. Utrwaliliśmy przekonanie, że śniadanie musi składać się z węglowodanowo-białkowego „kopa”, ładujemy więc na talerze granolę z jogurtem lub jajecznicę i ciemny chleb. Jeśli mamy perfekcyjną sylwetkę i doskonały poziom energii przez cały dzień, możemy pominąć ten fragment, ale jeśli pragniemy zrzucić to i owo (a większość z nas, nie oszukujmy się, pragnie i to mocno) lub brakuje nam koncentracji wczesnym przedpołudniem, to znak, że pora zmodyfikować śniadaniowe menu.

Polubiliśmy już koktajle sporządzane w domu. Jeśli nie mamy jeszcze blendera, czym prędzej wyposażmy weń swoją kuchnię, zmieści się nawet w takiej kawalerskiej. I rozpoczynajmy każdy dzień od kolorowej fuzji witamin, przeciwutleniaczy i mikroelementów. Ale uwaga - przeceniamy nieco znaczenie owoców; poza źródłem witamin są one również niestety bardzo bogatym dostarczycielem cukru i jeśli z nimi przesadzimy, efekt będzie taki sam jak przy spożyciu słodkiego batonika – gwałtowny skok poziomu cukru we krwi... łączmy je więc zawsze z zielonymi warzywami liściastymi. Świeży szpinak, liście botwinki, seler naciowy, natka pietruszki, różne odmiany sałaty, jarmuż – zaprośmy je do swojej lodówki i codziennie rano pijmy smoothies sporządzony z ich udziałem. W zieleninie znajduje się nie tylko ogrom witaminy C, ale przede wszystkim cenny chlorofil, który wspomaga procesy oczyszczania organizmu: wiąże niektóre substancje rakotwórcze i sprzyja ich wydalaniu; regeneruje wątrobę, łagodzi stany zapalne i na dodatek jest silnym przeciwutleniaczem. Garść zielonych warzyw dziennie pomaga nadto w utrzymaniu świeżego oddechu (pietruszka wiedzie tu prym!). Gruszka, seler, sok z cytryny, odrobina syropu klonowego, albo ananas, szpinak, mleko sojowe i garśc migdałów, lub też jarmuż z brzoskwiniami i sezamem to tylko niektóre pyszne propozycje – zdajmy się na intuicję i nie bójmy eksperymentować. Bazę mogą stanowić różne roślinne mleka, sok z grejpfruta lub lekko musująca woda mineralna, w gorące dni dorzućmy kilka kostek lodu.

Zielone warzywa możemy spożywać bez ograniczeń, jeśli znudzą nas smoothies, zdecydujmy się na poranną sałatkę na ich bazie. Na każdym miejskim targu mamy do wyboru kilka lub nawet kilkanaście odmian sałat, z których można stworzyć bazę dla dowolnych kompozycji. Sałatę rwiemy (nie kroimy, bo szybciej zwiędnie i będzie smutno wyglądać na talerzu) na kawałki i puszczamy wodze fantazji – warzywa surowe i pieczone w folii, sezonowe owoce, najlepiej te jagodowe; orzechy i pestki, może odrobina koziego sera albo tofu, a jeśli mamy w planach intensywny workout – trochę więcej białka w postaci strąków. Najlepiej kupować suche ziarna (mistrzostwo w zawartości składników odżywczych ma zielona fasolka mung) i gotować je w domu; w przypadku puszek czytajmy uważnie skład ich zawartości, by uniknąć nadmiaru cukru lub konserwantów). Surowe warzywa zawierają mnóstwo błonnika, zapewnią nam więc uczucie sytości na długo; możemy ich sporządzić wielką michę i biesiadować dłużej bez wyrzutów sumienia. Przyspieszymy trawienie, usprawnimy pracę jelit, oczyścimy krew i wkrótce poprawimy też stan skóry. Nie bójmy się ziół, przypraw i dodatków – dressing z miodu, oliwy i octu balsamicznego wydobędzie smak z naszej papryki czy buraka i przekona doń nawet najbardziej zajadłego mięso- i chlebożercę. Warto spróbować zagrać w zielone!

Punkt piąty: oksytocyna, czyli kochaj się!

I nie mów, że nie masz na to czasu lub ochoty, że jesteś przemęczony, że dzieci śpią za ścianą. Seks to jedna z najbardziej naturalnych potrzeb i nie mam tu na myśli realizacji fizycznej, a ogromny ładunek emocjonalny, psychofizyczny i energetyczny, który zeń płynie. W każdym z nas drzemie potrzeba bliskości fizycznej, wynikająca z naszej ludzkiej natury i sposobu, w jaki przebiega nasz rozwój od momentu poczęcia. Jean Liedloff, twórczyni teorii macierzyństwa bliskości, nazywa tę naturalną skłonność potrzebą utrzymania kontinuum – czyli ciągłości bycia w bliskim kontakcie najpierw w rodzicielką (w końcu przez pierwszych 9 miesięcy życia stanowimy jedność z ciałem matki), a później z innymi znaczącymi osobami. Przestraszony maluch pędzi, by znaleźć się jak najszybciej w ramionach mamy; podobnie zachowują się wszystkie naczelne. Gdy brak nam poczucia bezpieczeństwa, gdy popadamy w smutek lub żałobę, lub przeciwnie – gdy szarpią nami wybuchy euforii – jak na mecie maratonu, na ten przykład - chętnie rzucamy się w ramiona najbliższej osoby. Seks jest jedną z realizacji tej właśnie potrzeby.

Bliskość fizyczna i emocjonalna, której wyrazem jest seks, zapewnia naszemu organizmowi równowagę hormonalną. Innymi słowy – rzeczywiście jest między nami chemia.... Serotonina w górę, kortyzol w dół! Ten ostatni, hormon stresu, nasz największy wróg odpowiedzialny za szereg chorób, spadek odporności, bezsenność czy problemy metaboliczne, jest też głównym sprawcą zaburzeń czynności innych gruczołów. Czas mamy, jakie mamy i nie sposób uniknąć ciągłego narażenia na stres; podwyższony poziom kortyzolu rozregulowuje skutecznie i długotrwale działanie pozostałych hormonów, również płciowych, ale i tarczycy, trzustki, wątroby. Do tego dorzućmy epidemię naszych czasów – depresję, chroniczne zmęczenie i niepokój, obniżoną odporność, nadciśnienie i niepłodność – bardzo często odpowiada za nie właśnie kortyzol (warto wybrać się do laboratorium raz na kilka miesięcy, by skontrolować jego poziom, pamiętając o tym że naturalnie rankiem mamy go więcej). Dramatyczne skutki oddziaływania kortyzolu na nasz organizm niweluje właśnie oksytocyna, której nie da się niestety podawać doustnie – najszybszym sposobem na podwyższenie jej poziomu we krwi jest... orgazm. Amerykański badacz i lekarz Dean Ornish twierdzi, że miłość i intymność są najważniejszymi czynnikami warunkującymi zdrowie i trudno się z nim nie zgodzić – nie zwlekajmy więc z produkowaniem oksytocyny w naturalny sposób w naszym organizmie. Wytwarzamy ją kochając, będąc kochanymi, przytulając, opiekując się potomstwem i uprawiając miłość.

By uniknąć nieporozumienia, podkreślę że oksytocyna nie odpowiada za pożądanie – jest produktem aktu miłosnego, a nie jego przyczyną. Im więcej jej w naszym krwioobiegu, tym łagodniejsza reakcja na stres, szybciej goją się rany (doświadczenie na chomikach pokazało, że wracały do zdrowia dużo szybciej, gdy przebywały w fizycznej bliskości innych zwierzątek, niż w samotności). Trwają badania nad działaniem oksytocyny w leczeniu chorób psychicznych i autyzmu; pewnym jest, że osoby o wyższym jej poziomie mają dużo lepsze relacje społeczne – również w rodzinie i najbliższych związkach. Nawet WHO uznało, że satysfakcjonujące życie seksualne ma zasadniczy wpływ na funkcjonowanie rodziny, relacje między rodzicami i ich relacje z dziećmi. Co ciekawe, wpływa też na obniżenie łaknienia i regulowanie metabolizmu. A na dodatek – im więcej oksytocyny, tym większa nań nasza rekaktywność i wrażliwość seksualna. I dobrze, bo oznacza to tyle, że im więcej będziemy się kochać, tym będziemy zdrowsi i...tym więcej będziemy się kochać. A nasze hormony samoistnie wrócą do równowagi.

Punkt szósty: wycieczka na wschód, czyli nie bój się jogi

Równowaga jest podstawą naszego ruchu. Bez niej nie bylibyśmy w stanie wykonywać najprostszych życiowych czynności. Często nie zdajemy sobie sprawy, w jaki kiepskim stanie jest nasz zmysł równowagi. Stańmy nieruchomo na równej powierzchni i zamknijmy oczy. Jak długo nasze ciało utrzyma balans? Teraz spróbujmy zrobić to samo stając kolejno na jednej, a potem drugiej nodze. Ci z nas, którzy praktykują już jogę, wiedzą jak wielu adeptów potrzebuje dodatkowego podparcia w pozycjach równoważnych. To między innymi dlatego po kilku tygodniach czy miesiącach uprawiania tej sztuki odkrywamy w sobie lepsze samopoczucie i zapasy energii – gdy poprawia się działaie naszego układu przedsionkowego, odpowiadającego za utrzymywanie ciała w przestrzeni, samoistnie odczuwamy większą skuteczność i satysfakcję. Przypomnijcie sobie – w każdej klasie mieliśmy przynajmniej jednego „niezdarę”, tego, którego nikt nie chciał mieć w drużynie, bo upuszczał piłkę, przewracał się, wpadał na kolegów. Dziś wiemy, że niedojrzałość układu przedsionkowego to zaburzenie na tle funkcji neurologicznych i można nad nią pracować odpowiednimi ćwiczeniami. Jednak nawet jeśli byliśmy mistrzami sportu w podstawówce, nasz zmysł równowagi mógł ulec osłabieniu na skutek ograniczenia aktywności fizycznej, gdy dorośliśmy i zasiedliśmy za kierownicami aut, komputerami i biurkami (i u większości dorosłych przedstawicieli naszego pokolenia, niestety, tak właśnie się stało). Podświadomie szukamy ćwiczeń równoważnych – tańcząc, pływając, biegając czy ćwicząc jogę.

Weźmy więc naszą równowagę na warsztat każdego poranka i wykonajmy kilka podstawowych pozycji balansowych. Nie zajmą nam dużo czasu; możemy ćwiczyć gdzieś pomiędzy kawą a prysznicem, a nawet podczas mycia zębów. Zacznijmy od „drzewa” w wersji zmodyfikowanej – stojąc przy umywalce czy kuchennym blacie, oprzyjmy jedną stopę na udzie drugiej nogi i próbujmy utrzymać równowagę. Powtarzajmy to ćwiczenie najczęściej jak się da, zawsze wtedy, gdy musimy stać w jednym miejscu chwilę dłużej (no dobrze, może nie próbujmy w metrze). Następnie wykonajmy pięciokrotnie „okręt”, w którym nie tylko popracujemy nad balansem, ale i wzmocnimy mięśnie głębokie odpowiedzialne za utrzymywanie napięcia mięśniowego w obrębie centrum, czyli rdzenia kręgowego. Wojownik Trzeci i Półksiężyc to nieco wyższa szkoła jazdy, ale ku zaskoczeniu początkujących uczniów szybko osiąga się w tych asanach postępy. Zaawansowanym polecam pozycję Tancerza i stanie na głowie (dla wielu instruktorów pozycje odwrócone są kwintesencją całej praktyki), a eksperymentatorom – Wronę i inne balanse na rękach. Wplećmy je pomiędzy ćwiczenia rozciągające; wykonujmy w przerwach podczas biegowego treningu na łonie natury lub po prostu poświęćmy im siedem minut każdego poranka. Choć sceptykom będzie trudno w to uwierzyć, te zaledwie kilka prostych praktyk znacząco i bardzo szybko wpłyną na nasze samopoczucie; im wieksze będziemy mieć z nimi trudności na początku, tym intensywniejsze będą postępy. A nasze życie zyska nową równowagę ciała, umysłu i energii.

Punkt siódmy, oczywisty.

Biegaj! Po prostu. Mało lub dużo. Sportowo lub rekreacyjnie. W ultramaratonach, boso po plaży lub z dziećmi po parku. Codziennie lub co kilka dni, rano lub wieczorem, szybko lub wolno. Jak chcesz i lubisz, z muzyką lub bez. Oddychaj. Ciesz się każdym krokiem i kroplą potu. Biegaj i już, cześć pieśni.

Krystyna Roszak, psycholog i terapeuta Integracji Sensorycznej, pasjonatka psychodietetyki, prywatnie biegaczka, podróżniczka, autorka Runlimited.

 

Dyskusja

Wysyłając dane z tego formularza akceptujesz politykę prywatności Mollom.

Wysłane przez celine (niezweryfikowany) w śr., 2017-08-23 12:43

super artykuł. od dłuższego czasu noszę się z zamiarem zmiany swoich nawyków , przyzwyczajeń i lenistwa. Dziekuje bardzo :-).