Recenzja książki ”Stopy w chmurach. Opowieść o pasji i obsesji biegania” - Wydawnictwo Galaktyka.

Autor książki jest zastępcą redaktora naczelnego „The Independent”. Pierwsze wydanie anglojęzyczne zostało opublikowane w Wielkiej Brytanii w 2004 roku. W Polsce książka ukazała się w 2014 roku w przekładzie Jacka Żuławnika nakładem Wydawnictwa Galaktyka.

Książka to niebanalna, być może dlatego, że pisana piórem dziennikarza sportowego, który potrafi słowem zaciekawić czytelnika. Ale jest to książka niebanalna również z innego powodu. Publikacja daje czytelnikowi szanse poznania historii górskich biegów, jakie rozgrywane były (i wciąż są) w Anglii z perspektywy uczestnika. Autor nie szczędzi wielu kuluarowych wpisów, dygresji i osobistych przemyśleń towarzyszących mu przy kolejnych próbach ukończenia jednego z najtrudniejszych ultramaratonów górskich szlakiem Bob Graham Round.

Poznajemy legendy biegów górskich z lat 70. i 80., takie jak: Joss Naylor, Billy Bland, czy Helen Diamantides. Poznajemy też miejsca północnej Anglii, w których rozgrywane są opisywane przez autora zawody. Detaliczne opisy szczytów Lake District pozwalają czytelnikowi przenieść się w tamte miejsca i wyobrazić sobie skalę trudności każdego kilometra. Dla osób nieznających tamtych miejsc bardzo szczegółowy opis może być męczący ze względu na nagromadzenie nazw szczytów, dolin, miejscowości. Podobnie jest z charakteryzowanymi zawodami i zawodnikami, których Askwith przytacza bardzo wiele. Pozwala to jednak na zgłębienie wiedzy w tym zakresie.

To, co czyni tę książkę ciekawą, to liczne osobiste dygresje autora, które przypominają  wpisy do pamiętnika - pamiętnika biegacza górskiego:

„[…] wydaje mi się, że najbardziej atrakcyjne są biegi górskie w czystej formie, zwłaszcza te długodystansowe, ponieważ o ile zawodników startujących w innych, bardziej egzotycznych, wyścigach wciąż mogą dosięgnąć macki konsumpcjonizmu (chęć posiadania lepszej żaglówki, lepszego roweru, lepszego kajaku), to w przypadku maratonów górskich cały sens polega na tym, by wziąć ze sobą jak najmniej wyposażenia, jak najmniej rzeczy. Sukces zależy od tego, co masz w głowie i w sercu. Im mniej przedmiotów zapakujesz do plecaka, tym lepiej” (s. 225).

Autor nie boi się zadawać pytań o sens i cel biegania, o to, czy to warto było poświęcić tak dużą część życia na bieganie po górach, tyle pieniędzy na benzynę, hotele, sprzęt, napoje dla sportowców, czy wreszcie lekarzy, masażystów i kręgarzy. Znajduje na te pytania odpowiedź:

„Gdybym swoją energię – wytrzymałość i siłę woli i cała – spożytkował w inny sposób, rezultat byłby albo dobry, albo zły – szanse byłyby równe; świat stałby się albo odrobinę lepszym, albo odrobinę gorszym miejscem. Myślę, że zbyt rzadko doceniamy samych siebie za to, że po prostu nie szkodzimy innym – a trudno wyobrazić sobie czynność mniej szkodliwą niż bieganie po dzikich zakątkach, które większość ludzi uważa za zbyt ponure i niedostępne, by mieć cokolwiek z nimi wspólnego” (s. 315).

Przyznać trzeba, że wartością książki jest odkrywanie prawd o bieganiu górskim, których nierzadko sami sobie nie potrafimy uzmysłowić. Askwith zaś zwraca uwagę na fakt, że w bieganiu górskim sam udział jest nagrodą, że ludzie, których poznaje na tego typu imprezach to ludzie bardziej skupieni na uprawianiu sportu dla sportu niż dla sławy i medali.

I że niebezpieczeństwo czyhające na trasie to nieodłączny element tego sportu, bo żaden organizator nie bierze na siebie całej odpowiedzialności za bezpieczeństwo wyścigu. W górach takiego bezpieczeństwa po prostu nie ma. I zgadzam się ze słowami Selwyn Wright - jednego z organizatorów wyścigu Three Shires w Kumbrii, który mówi:

„Nie chcę, żeby uczestnik biegu sądził, że nawet jeśli na trasie panują kiepskie warunki, to nie ma się czym przejmować. Ja właśnie chcę, żeby się przejmował, martwił i brał za siebie odpowiedzialność. […] Ostatnią rzeczą, jakiej nam trzeba, to napływu zawodników przekonanych, że uprawianie biegów górskich jest bezpieczne” (s. 215).

Dzięki takim akapitom książka przestaje być tylko relacją z tras biegowych, a staje się przykładem osobistego doświadczenia spisanego na kartach papieru. Znajdziemy na nich również wiele humorystycznych wątków związanych z tym sportem. Pisze bowiem Askwith między innymi o tym, co działo się zwykle po każdym z biegów, o tym, jak imprezy wymykały się spod kontroli, o konkursach na „najbardziej owłosione dupsko”, czy paradzie nagich motocyklistów.

Dwa tygodnie temu ukończyłam bieg górski, który do tej pory pozostawał tylko w sferze marzeń. A jednak udało się przebiec 110 km z 4500 metrów przewyższenia, marzenie stało się faktem. Wciąż dobrze czuję emocje, które mi towarzyszyły, wciąż pamiętam ten ból i strach i niepewność i walkę z własnymi myślami. Być może dlatego tak dobrze czytało mi się rozdział poświęcony jednej z najbardziej utalentowanych biegaczek górskich – Helen Diamantides, która zapisała piękne karty historii w tym sporcie. Być może dlatego zgadzam się z tym, co napisał Akswith o kobiecym potencjale w tej dziedzinie. Pokazuje on jak bardzo zmieniło się podejście środowiska do udziału pań w najtrudniejszych zawodach biegowych na świecie. Diamantides przełamała bariery i wątpliwości niektórych co do tego, czy kobiety powinny ścigać się po górach. Dopóki jej nie było na arenie sportowej nikt nie myślał, że pewnego dnia kobiety staną się lepsze od mężczyzn. Dzisiaj wiemy już, że na długich dystansach jest to możliwe.

„Stopy w chmurach. Opowieść o pasji i obsesji biegania” to lektura dla każdego, kto lubi górskie biegi. Książka wciągająca w opisywany w niej świat poprzez ciekawą narrację, z humorystycznymi wątkami, faktograficznymi akapitami i malowanymi słowem krajobrazami miejsc, gdzie zrodziła się ta dyscyplina sportu. Sporo w niej wspomnień z podróżowania biegiem po kolejnych szczytach północnej Anglii.
Bez wątpienia książka godna polecenia.

Karolina Ruta

Dyskusja

CAPTCHA
To pytanie sprawdza czy jesteś człowiekiem i zapobiega wysyłaniu spamu.