Wiele można napisać na temat niespełnionych ambicji rodziców, którzy widzą w swoich pociechach wierne odbicie samych siebie. Każdy rodzic kocha swoje dzieci, rzecz oczywista. Dosyć często bywa jednak tak, że rodzice kochają „zbyt mocno”. Często ta miłość przynosi dosyć niebezpieczne skutki. Nie owijając w bawełnę, rodzice potrafią się bardzo zagalopować w przenoszeniu swoich ambicji na dzieci. Dzieci, które zamiast się bawić i czerpać niesamowitą frajdę z aktywności fizycznej, stają się ofiarami nadmiernego entuzjazmu swoich rodziców. Rodziców, którzy często nie potrafią logicznie wytłumaczyć, skąd bierze się ten fanatyzm. Fanatyzm, urastający czasem do miana „chuligaństwa”. Mocne? Niekoniecznie. Zapraszam do lektury.

Kilkanaście dni temu zostałem poproszony o pomoc w organizacji biegowych zawodów dla najmłodszych. Była to impreza towarzysząca dla jednego z dużych biegów parkowo-ulicznych. Miałem niewątpliwą przyjemność z poprowadzenia rozgrzewki, sędziowania, wręczania nagród itp. Itd. Odkąd pamiętam, lubiłem współpracę z dziećmi. Czy to jako wychowawca kolonii i obozów, czy to jako sędzia piłki nożnej i tenisa. W ostatnich kilku latach, również jako organizator wielu zawodów biegowych. Mając ten dosyć pokaźny bagaż doświadczeń, mogę się pokusić o kilka wniosków i dosyć stanowczych osądów, popartych przykładami. Przykładami, w których Rodzice (tak, to o Was mowa ;)) potrafią zepsuć bardzo wiele. Kradnąc przy tym znaczną część czystej dziecięcej radości i psując wiele krwi organizatorom. Jak to możliwe?

Krzywdzenie dzieci wygórowanymi oczekiwaniami i nadmierną ambicją rodziców jest wg mnie czymś haniebnym i karygodnym. Nie ma w tym nic złego, jeśli kibicujemy dzieciom w sposób kulturalny i spokojny, ucząc szlachetnych zasad fair play i pokazując, że można się doskonale bawić rywalizując. Niestety, często okazuje się, że zamiast pokazując przyjemność z wysiłku fizycznego, rodzice za wszelką cenę oczekują od ich pociech zwycięstw, pokonywania przeciwników za wszelką cenę, zdobywania trofeów, laurów. Wygląda to często jak walka o złoty medal olimpijski, czy milion dolarów. Szkoda, że takie sytuacje przypominają raczej walkę naćpanych kogutów, czy będących na dopingu sportowców, którzy za nic mają ideę szlachetnej rywalizacji. Oszukiwanie, czy posądzenia o oszustwo zdarzają się nagminnie, a to tylko wierzchołek góry…

Dlatego też, ilekroć mam możliwość bycia organizatorem jakichkolwiek zawodów, postuluję o brak indywidualnych wyróżnień dla któregokolwiek z dzieci. Wszystkie trzeba traktować równo. Głównie dlatego, że wszędzie tam, gdzie któreś z dzieci może dostać coś więcej niż inne – zaczynają się problemy. Problemy z emocjami zarówno rodziców jak i dzieci. Walka na śmierć i życie niczym na arenie Gladiatorów to przy tym „pikuś”. Dzieciaki chcące zaimponować rodzicom, rodzice chcący pękać z dumy nad wyczynami swoich potomków. Okej, jest to pożądane i akceptowalne, pod warunkiem, że nie przekraczamy pewnych granic. Granic przyzwoitości.

Granice przyzwoitości zostają przekroczone bardzo często. Niestety, często w rywalizacji sportowej brakuje nam obiektywizmu. Większość sytuacji spornych jest traktowana bardzo subiektywnie. Zawsze racja musi być po naszej stronie. Trzeba pamiętać, że dzieci często nie znają „granicy” pewnych zachowań. Naśladują i słuchają rodziców w tym co jest dopuszczalne, a co nie. Tymczasem jako sędzia różnych dyscyplin sportowych, często spotykałem się z sytuacją, w której rodzice stawali się prawdziwymi chuliganami pozbawionymi zahamowań i szacunku do drugiego człowieka. Przeciwnika w rywalizacji, sędziego, czasem nawet własnego dziecka (!). O tak, bywałem świadkiem sytuacji, w której zdenerowany ojciec potrafił zelżyć (czy nawet uderzyć) własne dziecko, tylko za to, że np. broniąc bramki puściło bardzo prostą piłkę (tzw. „szmatę”) albo zepsuło akcję w tenisie. Niejednokrotnie kłótnie między małym zawodnikiem, a rodzicem w trakcie meczu można by śmiało cytować jako mocne kłótnie między agresywnymi kryminalistami w więzieniach. O tak, nie przesadzam. Często w wyniku rozbudzonych emocji sportowych, puszczają wszelkie hamulce. Rodzice potrafią wmówić biegnącemu chłopcu, że przegranie wyścigu z dziewczynką to istny „koniec świata”.

Zamiast motywować do pracy i wspólnie się cieszyć z rozwoju pociechy, często okazuje się, że najważniejsze w rywalizacji jest to jaki dziecko dostanie medal (!!!), czy zajmie 3 miejsce zamiast 4, ewentualnie będzie ładnie wyglądało na zdjęciu na Fejsbuku. Fejsbuku, na którym rodzice potrzebują się pochwalić zdolnym dzieckiem. Okej, każdemu ojcu serce rośnie i jest dumny ze swojego dziecka. Nie ma w tym nic złego. Pytanie, czy tego wszystkiego potrzebują dzieci? Ilu 6-latków cieszy obecność na fotce w portalu społecznościowym? Czy one tego potrzebują by się cieszyć dzieciącą radością z zabawą/rywalizacją z innymi dziećmi? Jak bardzo ich ambicja jest narzuconą im ambicją rodziców?

Żyjemy we wspaniałych czasach, kiedy nasze dzieci mogą mieć wszystko to, czego starszym pokoleniom często brakowało. 7-latki chodzą na korepetycje z 2 języków, lekcje pianina, karate, piłki nożnej i tenisa. Resztę czasu spędzają w szkole i przed komputerem. Sam jestem prawdopodobnie ostatnim (lub jednym z ostatnich) pokoleń, które samodzielnie wychowały się na podwórku. Rzucaliśmy kamieniami, odbijaliśmy piłkę od trzepaka (czasem od okien sąsiadów), chodziliśmy po drzewach. Rodzice w tym czasie pracowali do późna, a dla nas frajdą było uzbieranie 90 groszy na najtańszego loda z Algidy, czy wspólne oglądanie bajek na Polonii 1 u kolegi, który miał kablówkę. Jednym słowem, mogliśmy się bawić, a jeśli chcieliśmy coś ekstra, jak zapisanie nas na treningi piłkarskie, czy tenisowe, to musieliśmy się nieźle nagimnastykować i udowodnić (np. dobrymi ocenami), że na to zasługujemy i że nam zależy. Nie mogę mieć stuprocentowej pewności, co do mojej teorii, ale widząc bardzo często puste „Orliki” w piękny wakacyjny dzień, mam wrażenie, że gdzieś to uciekło. Dawniej nie było wielu rzeczy i nie mogliśmy sobie pozwolić na wiele, ale mieliśmy swój własny, młodzieńczy system celów i wartości (nie narzucony). Teraz, mając wszystko, wygląda to tak, jakby rodzice chcieli nadrobić swój stracony czas „wyszarpując” dla swoich dzieci wszystko, czego być może im samym zabrakło. Każdy chce mieć swojego małego Lewandowskiego i małą Radwańską. Piękna idea, cele szczytne, marzenia są po to by je spełniać. Pytanie, za jaką cenę?

Ile satysfakcji ze zwycięstwa w biegu po falstarcie lub podłożeniu nogi przeciwnikowi? Ile satysfakcji w wygranym meczu tenisowym, w którym oszukaliśmy przeciwnika na kilku niesłusznie wykrzyczanych „autach”? Ile radości z gry w piłkę w meczu w którym  nie szanujemy nóg i nie żałujemy przeciwnikowi obelg?
Drodzy rodzice, wspaniała jest radość z sukcesów dziecka. Byłoby dobrze, gdyby ta radość była w pełni zasłużona, zbudowana na słusznych wartościach, bez negatywnych emocji i sztucznej presji, która może być dla małego człowieka przygniatającym ciężarem. Popieram całym sercem wspieranie najmłodszych w realizacji ich pasji i marzeń. Ale nie dajmy się zagalopować w naszej wyobraźni. Nie przenośmy często brutalnego świata dorosłych do (oby jak najdłużej) czystego i uczciwego (mam nadzieję) świata dziecięcego. Dajmy dzieciom być dziećmi. Zachęcajmy zamiast zniechęcać. Doceniajmy zamiast krytykować. Słuchajmy, zamiast narzucać. Na wyścig szczurów jeszcze przyjdzie czas… 

Dyskusja

Wysyłając dane z tego formularza akceptujesz politykę prywatności Mollom.

Wysłane przez Piotr Gos (niezweryfikowany) w czw., 2017-04-06 10:25

Bardzo ciekawy i mądry artykuł. Powinien być wręczany rodzicom jako lektura podczas zapisywania dzieci na wszelkie komercyjne aktywności sportowe. DZIĘKUJĘ I POZDRAWIAM