Część 2 relacji z wyjazdu biegowego do Korei Północnej i Chin.

  • czyli coś o najtrudniejszym biegu w którym wziąłem udział
  • także coś o tym, jak pokonać prawie tuzin tysięcy schodów w ciągu połowy tuzina godzin
  • i dlaczego lepiej po Wielkim Murze Chińskim biec niż iść…
  • …ale z drugiej strony szkoda nie móc się zatrzymać.

Może próżność, może marketing, może niedopatrzenie. Szumnie reklamowany „Great Wall Marathon”, w którym zwyciężył nasz Marcin Świerc (mega szacun!) został w pięć sekund ochrzczony jedynym słusznym, najcięższym maratonem po chińskim murze. Srogi, szeroko zakrojony marketing wspierany przez biura podróży spowodował, że mało kto w ogóle śmiał zakwestionować sens płacenia grubych pieniędzy za udział akurat w tym konkretnym biegu. Zwłaszcza, że samego Muru jest w nim „ledwie” 5-6 kilometrów. My zakwestionowaliśmy. Kilka minut poszukiwań ukazało nam co najmniej 2 inne maratony po Murze. Wybraliśmy ten tańszy z podwójną dawką schodów i biegania po samym tej gigantycznej budowli (łącznie prawie 12 kilometrów i około 11 tys. Schodów), a przy tym o wiele mniej zatłoczony i skomercjalizowany. Czas pokazał, że wybór 5 edycji kwietniowego Jinshanling Great Wall Marathon był jak najbardziej słuszny, nawet jeśli rzeczywiście chwytliwe hasło organizatorów „Najtrudniejszy maraton na świecie” miało całkiem sporo wspólnego z prawdą.

No dobra, ściemniam. Wcale go nie wybraliśmy. Zwyczajnie, los okazał się przewrotny poddając nam ten bieg „na tacy” w przededniu lotu powrotnego do Polski z wyjazdu, którego głównym celem był maraton w Korei Północnej. Iskra rozsądku, iż bieganie dwóch azjatyckich maratonów w ciągu 7 dni nie jest zbyt mądre, bardzo szybko zgasła. Przecież nie odpuścimy mając gotowy bieg marzeń pod nosem. Co tam schody, co tam przewyższenia, co tam logistyka. Życie ma być dobre, a nie długie!  Poza tym, mając ograniczony czas i budżet, maraton to prawdopodobnie najlepszy sposób na dokładne i bliskie poznanie mitycznej budowli ponoć widzianej z kosmosu (co nie jest prawdą). Raptem 6,5 godziny i każdy kamienny stopień zostanie okraszony odpowiednią dawką potu, łez, uśmiechów i wyzwisk. Uczciwie też trzeba dodać, że w Pekinie z bieganiem nie jest lekko. Nie dość, że tłoczno, ciasno, parno i wilgotno, to jeszcze potężna dawka smogu skutecznie „inhaluje” i odbiera chęci do biegu. Aby uciec od smogu można na przykład „podskoczyć” jedyne 160 kilometrów na spotkanie z jednym z listy zaktualizowanych Cudów Świata.

Ale nie o tym chciałem - kto więcej, mocniej, dalej, szybciej. Przede wszystkim chcię Wam opowiedzieć o najpiękniejszym widokowo i w sumie najbardziej abstrakcyjnym maratonie w jakim brałem udział. Przekrój trasy, zmienność widoków, ilość zapartych dechów, niekończąca się chęć zatrzymania się i uwiecznienia tego co widać oczyma (a może bardziej oczyma wyobraźni) po prostu wiążą nogi i każą się zatrzymać. Ktoś pomyśli – przecież to tylko mur, w dodatku wszędzie taki sam, nie ma się czym zachwycać. No właśnie, też tak myślałem. Tymczasem jako zagorzały przeciwnik robienia więcej niż kilku/nastu zdjęć na wakacyjnym wyjeździe (wręcz obsesyjny) nie mogłem się powstrzymać. W zasadzie to byłem szczęśliwy gdy schody okazywały się coraz dłuższe, większe, cięższe do pokonania. Cieszył mnie nawet nawracający od miesiąca ból kolana, który z każdym kilometrem stawał się coraz bardziej uciążliwy (na szczęście tylko przy zbiegach i schodzeniu w dół), bo dzięki temu miałem realną wymówkę do przechodzenia do marszu :D Tak. Trzeba być dumnym ze zwycięskiego wyczynu Marcina, ale jednocześnie trzeba sobie zdawać sprawę, że musi też mu być przykro, że tak szybko „przeleciał” mur i nie zdążył się napatrzeć ;)

 

Trasa jest wyjątkowo zróżnicowana. Zaczyna się przyjemnym asfaltowym zbiegiem przy aplauzie kibiców i obecności pięknych lampionów porozwieszanych na drzewach. Jednak bardzo szybko sielanka się kończy i zaczyna się srogi podbieg, przechodzący w pierwszą nieskończoną pulę schodów do pokonania (w górę) i w zasadzie schody są naszym towarzyszem przez kolejne 3-4 godziny. O tak, bardzo szybko możecie zapomnieć o wymiernym mierzeniu czasu. Jeśli zrobicie „dyszkę” w dwie godziny to możecie być z siebie dumni. Ja na półmetku trasy zameldowałem się po 4 godzinach z haczykiem. Już po pierwszych 5 kilometrach staje się jasne, że maraton nie bez kozery promuje się jako „najcięższy na świecie”. Myli się ten kto myśli, że Mur to najgorszy fragment trasy i wystarczy przecierpieć te 12 kilometrów. Problem w tym, że gdy już pokonacie te kilkanaście tysięcy schodów, zaczyna się prawdziwie trailowo-górski bieg. W dodatku przez chaszczory i dosyć niestabilne ścieżki z osypującą się czerwoną ziemią (najczęściej). Ciężko jest powiedzieć jakie buty będą idealne na tak „pogiętą trasę”. Ja ubrałem zwykłe buty na asfalt, ale bardzo szybko tego pożałowałem i gdybym miał startować drugi raz to wybrałbym coś z większym bieżnikiem dedykowanym w góry. Za jakość podejść/podbiegów niech powie Wam wymowne 18 minut, które zajęło mi pokonywanie jednego z kilometrów w drugiej części trasy. Momentami na zbiegach uda nie chciały trzymać i pozostawało tylko zamknąć oczy i puścić się „na krechę” z góry. Absolutny miszmasz. Dzika przyroda zmieszana z przemierzaniem przez bardzo biedne i niezbyt czyste wsie, w których często kibicami były małe, umorusane dzieciaki, oraz wszelkiej maści zwierzyna domowo-gospodarsko-rolna przechadzająca się we wszystkich kierunkach. Momentami można było sobie przypomnieć ulubione sceny z filmów o Rambo, czy Brusie Lee.

Jinshanling to nie tylko maraton. To przede wszystkim ludzie. Ludzie ze wszystkich zakątków świata. Od Niemiec, przez Australię, Kanadę, po Tajwan. Przez wszystkie kilometry zdążycie się zaprzyjaźnić z połową kuli ziemskiej. Czy to złorzecząc na schody, czy to ślizgając się na wylewanym z siebie pocie, czy też udzielając sobie wzajemnie wsparcia na trasie. Można też, nie znając wspólnego języka zakumplować się z grupą przemiłych Tajwańczyków i w trakcie kolejnych, jakże bolesnych, kilometrów poruszać ważkie, światowe tematy, począwszy od kultury jedzenia psów, a skończywszy na historii niewolnictwa w Azji ;) Nam udało się uczynić świat minimalnie lepszym, zbierając wszelkie wyrzucane przez innych zawodników świeci. Kolejne kilometry przemijały nam z naręczem plastikowych butelek. Tę piękną ideę staram się obecnie przerzucić na nasze rodzime biegi trailowe i górskie, bo poziom chamstwa na trasach bywa przerażający. No chyba, że to wątłe zdrowie nie pozwala donieść do kosza pustego opakowania po żelu czy pustej butelki. Życiówka może być przecież zagrożona przez te kilka gramów.

Kiedy bieg stawał się już naprawdę wykańczający, a słońce konkretnie przypiekało, zupełnie niespodziewanie okazało się, że po tabliczce oznaczającej 38 kilometr nie ma już kolejnej…Meta czekała grubo przed 40-tym kilometrem, co w normalnych warunkach zostałoby okrzyknięte skandalem. Tymczasem, najprawdopodobniej, nie było ani jednego delikwenta, który kwestionowałby sens takiego dystansu. Każdy z uczestników tej przyjemnej mordęgi (oksymoron?) był szczęśliwy, że jednak „najtrudniejszy” nie jest „najdłuższy”. Ale nikt nie wątpił, że wszyscy byliśmy zwycięzcami. Pierwsza setka maratończyków zamykała się z czasem w okolicach 7 godzin (nawet my!). Była to wystarczająca zapłata za przyciągnięcie mety nieco bliżej. Atesty są dla mięczaków! (hell yeah!).

Ten szczególny maraton przywrócił mi wiarę w wyjątkowość tego rodzaju biegów i tę szczególną więź, jedność między biegaczami. Ludźmi, którzy muszą się sponiewierać, coś w sobie zabić, aby zyskać znacznie więcej. Ledwie dwa miesiące wcześniej smutek Japończyków w Tokyo Marathonie przybił mnie zupełnie. Z niezupełnie zrozumiałych powodów byli oni smutni. Może dlatego, że biegli w betonowej dżungli walcząc z Godzillą siedzącą w ich głowie? Z potrzebą pokonywania siebie przez „wykręcanie” coraz lepszych czasów?  W Jinshanling Great Wall Marathonie nie trzeba było pokonywać czasu. Nie trzeba było prowadzić batalii z miejską dżunglą. Nie trzeba było „musieć”. Tutaj mieliśmy prawdziwy (choć zapomniany) świat wspólnych barier i granic wytrzymałości. Pokonując schody i strome podejścia zdobywaliśmy nasze własne, egoistyczne szczęście. Które tak naprawdę było potęgowane przez poczucie bycia drużyną. Tak, to dobre określenie. Ten maraton to chyba najbardziej drużynowy z maratonów. Wszyscy wiedzą, że cierpienie wznosi się na niebezpiecznie wysokie granice, przez co wzajemny szacunek i poziom współodczuwania wzrasta do wyjątkowego poziomu.

Ha, tu dochodzimy do ciekawej sprzeczności w nowoczesnym społeczeństwie. Czy bieganie (niczym religia, o czym napiszę w kolejnym tekście), jest jednym z ostatnich bastionów realnego życia i interakcji międzyludzkiej? „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” – Murakamiego zdaje się twierdzić coś odmiennego – o wartości biegania w odkrywaniu samego siebie. Ale jednak wciąż w pewnego rodzaju izolacji. Opisuje przykłady biegających w milczeniu, wokół małego oczka wodnego japońskich biegaczy skoncentrowanych na swojej misji. Sam Murakami zdaje się widzieć bieganie jedynie jako coś pobudzającego do samorozwoju i „przetrwania” dnia. Jednak nie porusza tematyki jako wspólnoty. Tymczasem ja dostrzegam ten świat jako coś „przełamującego bariery”. Jako najbardziej zespołowy ze sportów indywidualnych. Rzut oka na metro w Pekinie i metro w Pyongyangu. W pierwszym przypadku – cisza jak makiem zasiał. Tłumy w wagonach, ludzi będących monolitem, jednorodną kulturą o podobnej tożsamości, statusie społecznym. Często kolegów i koleżanek. Tymczasem nikt nie rozmawia. Mało tego odbywa się znana z filmu „Dzień Świra” walka o ostatnie wolne miejsca. Walka bezdźwięczna niczym w przestrzeni kosmicznej. Z wyjątkiem obcokrajowców, każdy funkcjonuje w świecie wirtualnym poszukując kontaktu z odległymi, w gruncie rzeczy nieistniejącymi światami.  Przypadek drugi – stolica Korei Północnej, wagon metra o podobnym zatłoczeniu. Nikt nie „bawi się” telefonem (okej, nie ma internetu, ale komórki mają), wszyscy wesoło rozmawiają, ustępują sobie miejsca. Gwar niczym na przerwie szkolnej. Jest swojsko, normalnie. Nie tak bezdusznie jak w kilkaset kilometrów dalej, za granicą. To bardzo dziwne, ale będąc w Pekinie – mieście w którym jest zdecydowanie zbyt tłoczno i duszno, człowiek ma wrażenie, że wszyscy Chińczycy są skupiskiem wyalienowanych indywidualności. Boom gospodarczy doprowadził do „paradoksu nieszczęśliwego wzrostu”. Widać, że największą wartością Chińczyków jest praca, wzrost dobrobytu i pogoń za tym co kreuje Zachodnia cywilizacja. Jednocześnie spadek ilości wolnego czasu i możliwości wspólnego – rodzinnego spędzania czasu prowadzi do spadku zadowolenia z życia, zwiększonego nasilenia problemów psychicznych. W tym samym czasie, uciśnieni przez reżim Kima Koreańczycy pozostają jakby bardziej ludzcy. Tkwiąc w swoim błędnym kole nie mają de facto nic do stracenia. Nie tracą czasu na pogoń szczurów. Możliwe, że to wspólne cierpienie i sytuacja bez wyjścia powoduje, że sprawiają wrażenie jednej rodziny (wszak dźwigają ten sam krzyż).

Tak samo my, biegacze, lubimy gdy ktoś „pcha wózek” razem z nami. Tym bardziej, gdy wózek jedzie po kilkunastu tysiącach schodów, a kręta droga na krańcu świata zdaje się nie mieć końca – wtedy stajemy się rodziną. Czyż to nie podobne do religii? Wspólnota wierząca w ten sam cel i sens określonego działania ;)

Jeśli zastanawiacie się nad odejściem od standardowego, asfaltowego biegania i chcielibyście przeżyć prawdziwie surrealistyczną przygodę. Nie wahajcie się. Ten bieg jest dla Was! I to taniej niż podejrzewacie ;)

Mateusz Banaś

mateusz@travel2run.pl

 

Dyskusja

Wysyłając dane z tego formularza akceptujesz politykę prywatności Mollom.